piątek, 17 czerwca 2016

Polska muzyka z francuskiej Alaski?

Był weekend. I ochota na piwo. A jak wiadomo, piwo najlepiej smakuje przy dźwiękach dobrej muzyki (albo na odwrót) . A dobra muzyka jest najlepsza, kiedy jest grana na żywo. Pewien problem stanowi kupno dobrego piwa w lokalu z dobrą muzyką, ale ten aspekt musimy przemilczeć w tym wpisie - skupmy się na muzyce.

W kwestiach muzycznych mamy w Paryżu tak zwaną klęskę urodzaju. Mnogość lokali oferujących występy na żywo powala. Podejrzewam, że znajdziemy tu każdy styl i każdy klimat o jakim sobie zamarzymy (nie dotyczy disco polo), wystarczy jedynie spędzić popołudnie na przeszukiwaniu ofert. Kiedy nie mamy wolnego popołudnia, albo ochoty na prace poszukiwawczo-selekcjonerskie, przeglądamy po prostu ofertę klubów, które już znamy i na szybko przesłuchujemy wykonawców grających danego wieczoru. Może się okazać, że mamy dwie równorzędne propozycje, ale jak wiadomo, nie ważne ile byśmy nie wypili, to się nie rozdwoimy. Musimy się zdecydować.



Wracając do pamiętnego weekendowego wieczoru z ochotą na piwo. Wybór został zawężony do bliżej niezidentyfikowanych zespołów grających rock w cenie 5Euro, zespołów grających przyjemny retro surf rock and roll za 8Euro lub darmowym koncertem electropopowym. Darmowość koncertu jest wysoce punktowana, ale też niesie ryzyko obniżonej jakości występu, więc siłą rzeczy trzeba było przyjrzeć się mu z większą starannością...

Naturalnie nie wspominałbym o całej akcji na blogu, gdyby nie zawierała w sobie choćby nutki białoczerwoności. Przejdźmy więc do sedna.


Jednym z trzech zespołów występujących pamiętnego wieczoru był GANG OF PEAFOWL https://www.facebook.com/gangofpeafowl/ 

Byłby niewarty wspominania na tym blogu, gdyby nie drobny fakt, że po krótkiej wymianie zdań z wokalistką, okazało się, że grali już koncert w Polsce! Było to w 2014 roku na Soundrive Fest w klubie B90 w Gdańsku. Byłem na pierwszej edycji tego festiwalu w 2013 roku, więc automatycznie zespół zapunktował i zyskał moją sympatię.





Finałowy występ należał do tria Aglaska https://www.facebook.com/aglaska , którego nazwa, myślę że zamierzenie, kojarzy się z Alaską. Zespół zwrócił moją uwagę jeszcze na etapie domowej selekcji koncertów, a to z uwagi na charakterystyczną nazwę mini albumu, który umieścili do przesłuchania w sieci.
"vwayaj" na pierwszy rzut oka jest bezsensownym zlepkiem liter. Dla francuza prawdopodobnie na drugi i wszystkie kolejne rzuty także, ale wyczulone zmysły Wiecznie Zielonego w ułamek sekundy odcyfrowały prawdziwy tytuł, czyli „uważaj”. Zaintrygowany włączyłem play, posłuchałem, przeczytałem notki udostępnione przez zespół. Ani śladu polskości. Poza tytułem Epki. Ot zagadka!
Poszedłem na koncert. Bawiłem się świetnie. Wypiłem upragnione piwo (w liczbie mnogiej)… i przegapiłem moment, kiedy chłopaki z zespołu zwinęli się do busa i odjechali. Nie pogadałem, nie zapytałem, zostałem sam ze swoją niewiedzą, a przecież mówili „uważaj”!



Po powrocie do domu i przefiltrowaniu piwa, zaabonowałem się do zespołowego fanpage’a na facebooku, aby być na bieżąco z dalszymi losami zespołu. Długo nie musiałem czekać, gdyż około tydzień później muzycy opublikowali informację, że tylko kilka dni dzieli ich od premiery nowego wideoklipu, do piosenki Primavera. Drobnym druczkiem dodali, że został on nakręcony na taśmie (!!!) 16mm, a za realizację odpowiada niejaki Mateusz Białęcki https://www.facebook.com/matthieu.bialecki !!! Jak sami widzicie, imię i nazwisko nie pozostawia żadnych wątpliwości. Biało czerwoność pełną… taśmą.


Finał!


Zapraszam do przesłuchania twórczości zespołu aglaska:






Oraz do obejrzenia teledysku w reżyserii Mateusza Białęckiego:







Najbliższa okazja do posłuchania i obejrzenia Aglaski na żywo, już 21 czerwca w ramach Fete de la Musique w Paryżu w pubie Carmen 34 Rue Duperré, 75009 Paryż https://www.facebook.com/events/1405746579723891/ 

sobota, 19 grudnia 2015

Kawałek podłogi

Grudnia ciąg dalszy. Większość znajomych albo już poluje na białe niedźwiedzie na Podlasiu, albo właśnie pakuje wełniane skarpety do walizy. Nie każdemu jednak jest dane pojechać na święta do "kraju dziadów" i jedyne co im pozostało, to zanurzyć się w paryskich polskościach. Na szczęście jest ich tu sporo.

Dzisiaj zerknijmy na niepozorną aleję w 16. dzielnicy okalającą niewielki skwer i graniczącą z Uniwersytetem Paris-Dauphine:

















Niby nic szczególnego, ale jakoś tak się cieplej zrobiło, kiedy tam trafiłem...

czwartek, 10 grudnia 2015

Prezentownik koloru Biało-czerwonego

To już? O kurczaki! Święta za pasem, karp się szykuje do galarety, choinki w każdym markecie, a ja jak zwykle i wiecznie… zielony. Siwa broda nie zapuszczona, coca cola nie schłodzona, obejście nieodśnie… nieodliścione.

To może chociaż prezenty? Też nie.

Propozycje prezentowe prawdopodobnie wylewają się na Was z każdego skrawka czasopisma, skrzynki na listy, e-maila, witryny sklepowej, plakatu, telewizora i ostatecznie śnią się po nocach. Ci, którzy dokują na Boże Narodzenie (we Francji łatwo zapomnieć nazwę tego święta) w Polsce, zapewne przeszukują katalogi francuskich perfum dla cioci Wiesi, szampana dla stryja Zenka, torebki Diora dla kuzynki Wioli, pasztetów z gęsich wątróbek, nugatów, win, serów, ślimaków, kasztanów w syropie… A to wszystko, żeby zabłysnąć wśród rodziny, zaspokoić ciekawość najbliższych, czy z jakiegokolwiek innego powodu.

A co z tymi którzy zostają, albo mimo wyjazdu, mają bliskie osoby, które chcieliby obdarować upominkiem z okazji Świąt? Oczywiście mogą powielić listę powyżej lub zwyczajnie poszukać czegoś „na czasie” i „na topie” wśród paryskich/francuskich konsumentów. Oczywistym jest, że jeśli nasi „darobiorcy” są Francuzami, nie zaskoczymy ich produktami dostępnymi w każdym tutejszym sklepie. Właśnie dlatego postanowiłem stworzyć Biało-czerwony prezentownik dla Francuza. Poniżej postaram się zaprezentować kilka przykładowych towarów produkcji polskiej, (lub polskiej myśli twórczej), którymi moglibyśmy obdarować naszych franko-fonicznych przyjaciół, a które są dostępne na terenie Francji.



  • film dvd/bluray: „Miasto 44” (fr. Insurrection) w reżyserii Jana Komasy




  • film dvd/bluray: „Ida” Pawła Pawlikowskiego 


  • wódka – Żubrówka, Sobieski, Wyborowa to prezent klasyczny i może mało zaskakujący, ale dla urozmaicenia możemy podarować mniej popularną markę trunku. Od Mikołaja z sieci winiarni Nicolas możemy otrzymać marki Belvedere , Żytnia  i Pravda ,


  • średnich może zainteresować seria gier komputerowych Witcher opartych na prozie Andrzeja Sapkowskiego „Wiedźmin”. Ostatnia część zdobyła niedawno zaszczytny międzynarodowy tytuł Gry Roku 2015!



  • Po wiele więcej tytułów możemy się wybrać do polskiej księgarni przy 123 Boulevard Saint-Germain w Paryżu
  • nieopodal bo przy 145 Boulevard Saint-Germain możemy zaopatrzyć się w personalizowaną biżuterię polskiej marki Lilou 


  • meble IKEA (Polska jest drugim po Chinach najważniejszym producentem mebli sprzedawanych w sklepach IKEA na całym świecie)
  • Strategiczna gra planszowa Neuroshima Hex stworzona przez Michała Oracza


  • wyroby artystyczne: galeria Roi Dore  i sklep http://www.61qt.com/
  • rękodzieło: na polskich forach we Francji i grupach na Facebooku z łatwością odnajdziemy osoby wykonujące biżuterię, akcesoria odzieżowe, robótki ręczne, zabawki, meble, malarstwo, a wszystko ze słowiańską duszą

Mam nadzieję, że jesteście pozytywnie zaskoczeni zasobnością listy i wybierzecie coś dla Waszych bliskich, a po świętach wrócicie do niej i dokupicie jeszcze coś dla siebie. 
Wesołych Świąt Bożego Narodzenia i pamiętajcie, że nawet Święty Mikołaj jest Biało-czerwony!

ps. Za nieumyślne zmotywowanie mnie do reaktywacji bloga dziękuję http://mademoisellekier.blogspot.fr/

wtorek, 20 października 2015

Czytać, jak to łatwo powiedzieć

Przeglądając serwisy informacyjne, możemy natknąć się co jakiś czas na raporty, apele, akcje dotyczące czytelnictwa w Polsce. A może wypadałoby powiedzieć jego braku. Statystycznie czytamy mało, a do tego głównie formy krótkie, czyli prasę codzienną i kolorową (którą to w większości się ogląda, a nie czyta – pasek wiadomości na TVN24 też się nie liczy). Dlaczego mało i dlaczego nie książki? A bo za drogie, a bo nie ma czasu, a bo telewizor zahipnotyzował... i statystyki spadają. Wiadoma rzecz, że żaden człowiek nie będzie czytał, żeby podnieść jakąś wyimaginowaną średnią. Tylko jak ich/się zachęcić do czytania? Przecież nikt chyba nie podważa faktu, że czytanie ma w sobie moc, a na apel grupy społecznościowej: „Nie czytasz, nie idę z Tobą do łóżka” to już mało kto pozostaje obojętny. W moim przypadku rozwiązanie okazało się dość przewrotne.
Paryż. Praca-dom-praca-dom... godzina autobusem-metrem-piechotą w jedną stronę. Początkowo dosypianie za krótkich nocy, potem obserwacje współpasażerów, słuchanie muzyki, ostatecznie refleksja: tutaj wszyscy coś czytają! W większości są to darmowe gazetki zaścielające całe wagony metra, ale nierzadko są to też książki. Też tak chcę! To będzie przyjemne z pożytecznym. Droga szybciej minie, a może i w głowie coś zostanie. To, że przez ostatnie kilka lat trochę odpuściłem literaturze, nie oznacza przecież, że zapomniałem, jak się to robi. Trzeba jedynie „zorganizować” jakieś knigi i do dzieła!
Hmmm, no tak. W Paryżu jestem. Nie wyskoczę do antykwariatu czy pierwszej lepszej księgarni, bo nie umiem/nie chcę/nie lubię czytać po francusku. Przecież nie po to Tadeusz Boy-Żeleński urabiał się po łokcie, żeby przetłumaczyć cały kanon francuskiej literatury, żebym ja podważał jego pracę i nieudolnie robił to od nowa! Z drugiej strony, zasłużenie sobie na ulicę w Paryżu mianowaną własnym nazwiskiem jest dość kuszące... ale to nieco odleglejsze plany. Na początek wybierzmy się na spacer do dziesiątej dzielnicy, może spłynie na nas nieco talentu i zapału pracowitego Boy'a, a potem poszukamy czegoś do czytania.












Książki mają w sobie magię. Papier, druk, okładka, zapach, szelest, zakładka, zagięty róg, dedykacja, suszony liść, plama od herbaty, notatka na marginesie. Wspaniałości. Nieco kłopotliwe jest jednak ich zdobywanie na obczyźnie. Można przywieźć- hurtem- raz do roku pół walizki wracając z urlopu. Wtedy pojawia się problem szesnasto-metrowego „mieszkania” i upychania kolejnego towaru po kątach. Można skoczyć na organizowane wśród Polonii wymiany książek, ale wtedy mamy ograniczony wpływ na to, co będziemy czytać. Wreszcie, możemy wstąpić do subkultury gadżeciarzy technologicznych i zaopatrzyć się drogą kupna w czytnik książek elektronicznych.
Tak jak nie każde buty sportowe to Adidasy, tak nie każdy czytnik książek elektronicznych (e-booków) nazywa się Kindle. Faktem jest, że to właśnie ten produkt przyczynił się do swoistej rewolucji w sposobie czytania książek, a konkurencja sprawiła, że ceny sprzętu znacząco spadły. Zrozumiałe jest, że czytając e-papier, odpada nam część magii opisanej kilka linijek wcześniej. Nie mniej kilka cech tradycyjnej książki zachowujemy (w zależności od modelu czytnika: zakładki, notatki, okładki, bardzo wyraźny druk, czytelność w pełnym słońcu), a dodatkowo zyskujemy inne: oszczędność miejsca i wagi (można to szczególnie odczuć, wożąc codziennie obszerne powieści metrem), tak pożądana przez zamieszkałych na obczyźnie dostępność do książek w dowolnym języku świata, a nawet wodoodporność.
No to już! Zakładamy konto w dowolnej księgarni internetowej, klik, klik (podaj numer karty płatniczej), klik i czytamy! Według rankingu „Magazynu Literackiego KSIĄŻKI” z maja 2014 roku, aż 27 tytułów z listy TOP 30 możemy kupić jako e-booki. Do tego księgarnie prześcigają się w promowaniu tego typu wydawnictw, oferując liczne upusty, pakiety, kody rabatowe, czy nawet całe darmowe książki (np. klasykę literatury, jak choćby „Kubuś Fatalista i jego Pan” Denisa Diderot, w tłumaczeniu patrona tego felietonu, Tadeusza Boya-Żeleńskiego). Mamy nawet polską inicjatywę „płać ile chcesz”, gdzie za dowolną kwotę możemy zakupić zestaw kilku książek, a dodatkowo sami decydujemy, czy nasze pieniądze dostanie wydawca, autor czy fundacja wspierająca czytelnictwo.
Przy takiej łatwości zdobywania nowych tytułów, trzeba mieć tylko nadzieję, że będziemy mieli wystarczająco daleko do pracy albo wystarczająco długi urlop, bo uzbiera nam się spory stosik zaległości... Jaki stosik? Przecież pliki nie zajmują miejsca! Czytać, jak to łatwo powiedzieć.


Tekst ukazał się pierwotnie w tygodniku Vector Polonii nr 28-29 (91-92) (13 i 20 VII 2014)

sobota, 28 marca 2015

Polak + Jabłko = Paryż

To, że Polacy wiedzą jak obchodzić się z jabłkami, nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć. Jesteśmy w czołówce producentów koncentratu zagęszczonego soku jabłkowego na świecie, ostatnio przypomnieliśmy sobie, jak produkuje się cydr, a jabłecznik brzmi o wiele lepiej niż nic niemówiąca szarlotka

Od niedawna mamy kolejny powód do dumy i dowód, że Polak z jabłkiem w ręku to dobre połączenie. Przykłady potwierdzające tę tezę można obecnie odnaleźć na ulicach Paryża.



Polakiem, o którym mowa jest pan Waldemar N. z Gdańska, a wspomnianym jabłkiem jest najnowszy model telefonu amerykańskiej firmy Apple (po naszemu jabłko) czyli iPhone 6.



Pan Waldemar wykonał swoim telefonem zdjęcie, które trafiło do galerii na oficjalnej stronie internetowej firmy Apple i obecnie służy do promowania możliwości fotograficznych tego telefonu. Jego zdjęcie (oraz kilkanaście innych) możemy wypatrzyć na plakatach rozsianych po Paryżu. 







Panu Waldemarowi gratulujemy, a jeszcze bardziej zazdrościmy, czyli zupełnie jak to jest w zwyczaju biało-czerwonych.

piątek, 31 października 2014

Piwo na okrągło

Ostatnimi czasy głośno się zrobiło w Polsce o akcji bojkotu piwa Ciechan. Naturalnie natychmiast powstała też akcja antybojkotująca, czyli namawiająca do wypicia tegoż trunku. Nie wnikając w szczegóły, efekt był z grubsza taki, że spora część Polaków (w tym wyżej podpisany) pierwszy raz w ogóle usłyszała o piwie Ciechan czy ogólniej o Browarze Ciechan. Padały podejrzenia, że wszystko jest z góry ukartowane na grę marketingową, czego nie wykluczam. W końcu stara zasada show-biznesu mówi, że nie ważne co mówią, byleby mówili. Dzisiaj, gdy sprawa jakby już przycichła, znowu czytam newsy, że właściciel browaru grozi bojkotującym pozwem sądowym...czyli jednak chce, żeby o nim mówili. Postanowiłem mówić i ja.

Nie będzie tu nic o browarze, bo niestety naszego piwa we Francji nie uświadczysz, choć swobodnie mogłoby nadgryźć pozycję Belgów, Niemców i Holendrów, ale napiszę o pewnym partnerstwie.

Pojęcie miast partnerskich jest w Polsce znane. Polega ono w głównej mierze na tym, żeby postawić tablice na rogatkach miasta z wymienionymi miastami partnerskimi (we Francji zwanymi bliźniaczymi) i od czasu do czasu wysłać wycieczkę z ratusza na „integrację”. I tutaj kolejny raz piwo nie łapie się ani do koszy podarunkowych, jako trunek za mało reprezentatywny, ani na stoły negocjacyjne, jako posiadające zbyt niski ładunek argumentów (%).

Ech. Popłynąłem. Już spieszę z wyjaśnieniem, skąd mi się wziął ten temat.

Otóż Browar Ciechan pochodzi z Ciechanowa. A Ciechanów po szybkim zerknięciu na Wikipedię, okazuje się być od 1970 roku miastem partnerskim podparyskiego Meudon! I tak nie będąc jeszcze świadom tych konotacji, przejeżdżałem wielokrotnie przez tą urokliwą, pagórkowatą miejscowość z malowniczym wiaduktem,




aż za -nastym razem, moją uwagę przykuł znak:




Przy kolejnej wizycie musiałem się zatrzymać i uwiecznić to miejsce. Panie i Panowie, oto Rondo Ciechanowskie w pełnej krasie:














Nic tylko przyjechać ze skrzynką Ciechana i można smakować... na okrągło.




ps. Jeśli ktoś będzie przejazdem w Ciechanowie, podeślijcie mi, proszę, zdjęcie tamtejszego Ronda Meudon.

poniedziałek, 27 października 2014

Rzuć cencika na filmika

Bez owijania w bawełnę, wyłuszczę Ci szanowny czytelniku w czym jest rzecz. Na "popularnym serwisie społecznościowym" jest grupa dziewczyn, które dowodzone przez charyzmatyczną liderkę, starają się nie popaść w niebyt i nie zostać wchłonięte przez paryską codzienność. Mówiąc po ludzku, pomagają sobie w codziennych zmaganiach z papierologią administracji, polecają sprawdzone manikiurzystki, wychodzą razem na wystawy, czy choćby na ploteczki przy piwku. Niby nic wielkiego, ale dla wielu z nich jest to sposób na zdobycie nowych kontaktów, kontraktów, przyjaźni i na uniknięcie samotnictwa w wielkim mieście. Temat na tyle uniwersalny, że pewna bliska mi osóbka i jej siostra, postanowiły ubrać go w ruchome obrazy, by wieść się niosła, że nie każdy Polak Polakowi wilkiem! Niestety, sam pomysł i zapał to nieco za mało, żeby zrealizować film (choćby tylko kilkuminutowy), dlatego wspomniane wcześniej niewiasty postanowiły uciec się do ostatniej zdobyczy mody społecznościowej czyli na crowdfunding, co po białoczerwonemu brzmi: ZRZUTKA. Bo choć wiadomo, że dziś film można nakręcić komórką, to wiadomo też, że lustrzanką film się nakręci lepszy, a kamerą to już ho ho ho! Bez obaw, to nie ma być Avatar2, nie potrzebujemy (piszę "my" bo wiadomo, że skoro film kręci bliska mi osóbka, to ktoś musi za nią sprzęt nosić) kwot z sześcioma zerami, ot uzupełnienie minimum sprzętowego niezbędnego do wydobycia tego błysku w oku, albo zarejestrowania tego drżenia w głosie... Tyle mojej pisaniny, więcej szczegółów znajdziecie tutaj. Życzcie nam powodzenia!




sobota, 27 września 2014

Małgośka mówią mi

Dzisiaj tylko taka szybka notka, dopóki temperatura nie opadła. A szybka z dwóch powodów.
Po pierwsze, jest to już trochę powtórka z rozrywki i powoli możemy się oswajać z faktem, że Francuzi oswajają się z faktem, że mamy najładniejsze dziewczyny w tej części galaktyki i okładki magazynów są dla nich idealnym miejscem. Po drugie notka jest szybka, jak szybko nasz wzrok przykuwa deskorolka uwieczniona na fotografii. 
Jeśli jeszcze jakimś cudem nie zauważyliście Małgosi na mieście, to prawdopodobnie za dużo czasu spędzacie w Metrze.











Tradycyjnie, dla ciekawych w jakich innych konfiguracjach można sfotografować deskę na kółkach odsyłam do witryny magazynu, lub do kiosków. 

Ps. Właśnie uświadomiłem sobie, że we Francji znane są tylko nasze Małgorzaty: Bela, Szumowska i Baczyńska.

wtorek, 9 września 2014

Kupa mięci


Wrzesień. Czyli wiadomo, że kolejna rocznica niespodziewanej, choć starannie przygotowanej wizyty pewnego niskiego i wygadanego Austriaka z wąsikiem i jego opancerzonych kumpli . Wiele jest teorii na temat tego „co by było, gdyby”...walczyć do upadłego, układać się z najeźdźcą? Może nasz Paryż Wschodu nadal byłby naszą chlubą, a nie betonowym potworkiem? Może bylibyśmy właścicielami globalnych korporacji i dyktowali trendy w projektowaniu śrub okrętowych albo chociaż bawełnianych bluz dla nastolatek? Co roku ta sama dysputa...
...Napisałem „bluz”? 

No to skoro o wilku mowa, to wpadła mi ostatnio w obiektyw jedna taka. Tak się jakoś przypadkiem złożyło, że jest częścią kolekcji globalnej marki i (dość luźno) nawiązuje do wydarzeń z tamtego września...







...a może to raczej chodzi o odsiecz wiedeńską  Jana III Sobieskiego z 12 września 1683 roku, a owa bluza jest rodzajem hołdu artysty i podziękowaniem, że nie mówi teraz po turecku (ktoś się pofatyguje do sklepu sprawdzić, czy nie została przypadkiem uszyta w kraju Ataturka?).

Tak, to mogło wyglądać właśnie tak: projektant ślęczał nad zleceniem zaprojektowania nadruku dla czołowego przedstawiciela „sieciówek” odzieżowych. Szukając inspiracji sięgnął do barku po „rozjaśniacz umysłu”, którym była (jak się okazuje należąca od jakiegoś czasu do Francuzów) butelka wódki Sobieski... dalszy proces wydaje się oczywisty.

Oczywiście mogło się to odbyć również tak:



Jasne, że się czepiam. Przecież to naprawdę super, że ktoś w Korei, Brazylii, czy Kamerunie, może kupić sobie bluzę z nazwami dwóch miast, otworzyć Wikipedię i przeczytać co nieco o tym naszym zakątku ziemi. Kto wie, może stwierdzi potem, że wojny są do *upy albo, że nigdy w życiu nie jadł pierogów z płuckami, a ponoć najlepsze są te nasze?

niedziela, 6 lipca 2014

Dream team

Dyskusja stara jak migracje ludności. Odkąd pierwszy ziomek Karola Wielkiego spotkał się przy kuflu miodu pitnego z pobratymcami Mieszka I, dochodziło zapewne do dyskusji o tym, kto był pierwszy, lepszy, szybszy, kto mógł więcej wypić, a kto dłużej... nurkować.

Czy dzisiaj mimo globalizacji, powszechnemu dostępowi do telewizji i Internetu coś się zmieniło w tej kwestii? My się dziwimy ich zniewieścieniu, oni naszym niedźwiedziom polarnym. My obśmiewamy ich kapitulację w ostatniej wojnie, oni współczują nam, że byliśmy w Związku Radzieckim, my zastanawiamy się jak być takim szczupłym, oni czy można u nas kupić jeansy... hmm. Właśnie. Coś tu nie gra. Jednym z naszych największych pretensji do... całej reszty świata jest to, że w gruncie rzeczy to jak oni śmią tak niewiele o nas wiedzieć!!!

Narzekamy na nasz system edukacji, że „czego to teraz w szkołach uczą”, „na co mi się przydadzą te wszystkie dane”, „jak będę chciał się dowiedzieć, to sobie w encyklopedii sprawdzę”, itp. Za to trójkolorowym wypominamy, że nie wiedzą nic o świecie, nie znają żadnej daty, ani stolicy (z wyjątkiem tych, do których akurat w tym sezonie wszyscy lecą na wakacje). Jak to w końcu jest? Potrzebujemy tych danych encyklopedycznych, chociaż nie umiemy z nich skorzystać, czy raczej lepiej niewiele wiedzieć, ale za to z miną pokerzysty blefować o swojej wyjątkowości?

Praca u podstaw. Rozlaliśmy się po świecie i udowadniamy wokół, jacy jesteśmy naprawdę. A jacy jesteśmy? Tacy jak wszyscy- różni. Czasem powielamy stereotypy, czasem je obalamy- normalka. Czy Francuzi poznali nas lepiej? Z pewnością. Ci, którzy interesują się motoryzacją, usłyszeli o Robercie Kubicy, fani piłki nożnej o Obraniaku, imprezowicze dostali króla Jana III Sobieskiego, a „melomani” Michała Kwiatkowskiego. Powiedzmy sobie jednak szczerze, to są jedynie płotki.

Pewien trzon jest stały i niezmienny od lat. Być może jest on już tak wrośnięty w krajobraz, że nikt nie zastanawia się i nie jest świadomy jego pochodzenia. Ot jak Peugeot i Citroën są dla nas markami samochodów, nie nazwiskami, a Bordeaux to rodzaj wina, nie miasto.

Skąd dowiedzieć się co/kto należy do tego ścisłego grona? Wystarczy wyskoczyć za wschodnią granicę Paryża do Noisy-le-Sec  i przespacerować się pośród swojsko wyglądających dwu i czteropiętrowych bloków „z wielkiej płyty”. Tutaj powstał swoisty rezerwat naszych najznamienitszych postaci. W ciągu kilku minut dostajemy polski dream team jak na tacy.


















Okazuje się, że nawet wśród mieszkańców znajdą się jacyś biało-czerwoni!




Ciekawe, czy istnieje w Polsce trójkolorowy odpowiednik takiego osiedla? Ale tego musicie już poszukać na własną rękę, bo biało-czerwony nie będzie sobie niebieskością brudził rąk.